Suchy tynk w dotyku nic nie mówi o wodzie w kapilarach. Jastrych, który „od tygodnia wietrzeje”, bywa mokry pod spodem. Zanim pójdzie żywica, membrana, parkiet albo szlam, trzeba wiedzieć, ile wody siedzi w materiale. Inaczej powłoka odchodzi, klej nie wiąże, a po miesiącu wraca wykwit.
Pomiar wilgotności posadzek i murów robimy pod konkretne decyzje wykonawcze, nie pod ciekawość. Stawka od 100 zł netto za pomiar to wyjazd w rejon Poznania i seria odczytów w umówionej strefie: posadzka w jednym pomieszczeniu, pas ściany w piwnicy, cokół, strop pod plamą. Całe mieszkanie punkt po punkcie, protokół pod gwarancję parkietu albo seria CM na hali to już inna wycena.
Na posadzce liczy się, czy jastrych oddał wodę na tyle, żeby kłaść klej, żywicę albo hydroizolację. Odczyt powierzchniowy pokazuje wierzch. Głębiej bywa inaczej, zwłaszcza przy grubej wylewce i słabej wentylacji. Tam, gdzie ma wejść posadzka żywiczna albo membrana tarasowa, jedna plamka z wilgotnościomierza na środku pokoju to za mało. Bierze się kilka punktów: przy ścianie, przy progu, w miejscu, które schnie najwolniej.
Mur mierzy się inaczej. Cegła, beton i tynk gipsowy dają inny odczyt na tym samym urządzeniu. Porównujemy strefę mokrą ze strefą, która wygląda na suchą, i wysokość pasa zawilgocenia. Równy mokry pas nad posadzką sugeruje kapilarę. Plama przy styku z gruntem po deszczu – wodę z boku. Bez tego iniekcja albo odkop fundamentu to strzał.
Nie każdy odczyt nadaje się do karty gwarancyjnej podłogi. Część zleceń wymaga metody karbidowej (CM) na próbce z jastrychu. To osobny zakres: nawiert, próbka, wynik w CM-%. Mówimy to na starcie, zanim ktoś kupi parkiet na podstawie jednego piku z pinów.
Zasolony tynk zawyża odczyt elektryczny. Metal w ścianie, rura, folia pod wylewką to samo. Świeża farba i mokra gładź dają „alarm”, choć konstrukcja niżej jest w normie. Dlatego wynik zawsze idzie z miejscem pomiaru, rodzajem podłoża i tym, co widać na licu. Sam procent bez zdjęcia punktu i bez opisu warstwy nic nie daje wykonawcy.
Pomiar po myciu ciśnieniowym albo po nocy z otwartym oknem podczas deszczu jest do wyrzucenia. Ściana ma być w stanie, w jakim naprawdę pracuje, nie po kąpieli. Przy posadzce to samo: folia, nagrzewnica i zamknięte okna przez dwa dni zmieniają wierzch, środka wylewki nie ruszają.
Kamera termowizyjna i wilgotnościomierz się uzupełniają, nie zastępują. Termogram pokazuje, gdzie szukać. Odczyt wilgotności mówi, czy tam jest woda, czy tylko mostek cieplny. Na dachu po ulewie zimna plama bywa kałużą na papie, nie mokrą wełną. Na stropie odwrotnie. Dlatego nie sprzedajemy „pakietu diagnostyka” na siłę. Czasem wystarczy jeden pomiar przy cokoliku.
W 100 zł netto jest dojazd w aglomeracji poznańskiej, pomiary w jednej, jasno określonej strefie i krótki opis: odczyty, jednostki, gdzie brane, co z tego wynika przed kolejną warstwą. Nie ma w tej cenie rozkuwania posadzki na siatkę, laboratorium, opinii sądowej ani serii pomiarów co tydzień przez miesiąc schnięcia.
Jak punktów ma być dwadzieścia, lokale są na trzech kondygnacjach albo wynik ma iść do protokołu odbioru inwestycji, liczymy osobno. To nadal taniej niż zdjęcie żywicy z całego garażu. Klient dostaje liczbę, na której można oprzeć decyzję: czekać, grzać, kłaść, skuć, iniektować. Nie dostaje certyfikatu „budynek suchy”.
Jak planujesz płytki, membranę albo tynk na ścianie po zalaniu, zmierz zanim kupisz materiał. Odczyt z dnia oględzin bywa ważniejszy niż zdjęcie plamy sprzed miesiąca. Podaj pomieszczenie, rodzaj podłoża i co ma na to pójść – wtedy wiadomo, czy wystarczy pomiar powierzchniowy, czy trzeba próbki z jastrychu.